Niektóre rośliny nie rosną tam, gdzie - według wszelkich ekologicznych wskazań - powinny, a nawet pozornie nienaruszona przyroda cierpi z powodu działalności człowieka. W międzynarodowym badaniu z udziałem pięciorga Polaków, opublikowanym w czasopiśmie "Nature", naukowcy wskazali, dlaczego tak się dzieje.
Kiedy myślimy o wpływie człowieka na środowisko, zazwyczaj wyobrażamy sobie wylesione zbocza, pola uprawne zamiast łąk albo betonowe miasta w miejscu dawnych mokradeł. I rzeczywiście - te zmiany są widoczne i łatwe do zmierzenia. Jednak okazuje się, że nawet tam, gdzie przyroda wydaje się nietknięta, może mieć miejsce istotne zubożenie różnorodności biologicznej.
W ekosystemach często zachodzą bowiem subtelne procesy, które - choć toczą się z dala od osiedli ludzkich - mają swoje źródło właśnie tam. Należą do nich m.in. utrata i fragmentacja siedlisk, lokalne wymieranie gatunków, utrudniona kolonizacja nowych miejsc przez rośliny, zanik zwierząt zapylających i roznoszących nasiona, a także zanieczyszczenia lub nadmiar substancji odżywczych, które trafiają do przyrody nawet setki kilometrów od danego miejsca.
Aby lepiej zrozumieć skalę i naturę tych zmian, ponad 200 naukowców z 37 krajów postanowiło spojrzeć na różnorodność biologiczną z nieco innej perspektywy. W ramach globalnego projektu DarkDivNet nie tylko rejestrowali gatunki roślin występujące na wybranych terenach, lecz także analizowali, jakie gatunki - choć są odpowiednie dla danego obszaru i powinny na nim występować - były nieobecne.
Zastosowana przez nich metoda opierała się na koncepcji tzw. ciemnej bioróżnorodności (ang. dark diversity), która zakłada, że w danym ekosystemie mogą istnieć warunki sprzyjające obecności niektórych gatunków roślin, mimo że faktycznie ich tam nie ma. Zdaniem autorów badania takie podejście otwiera nowe możliwości rozumienia i monitorowania stanu przyrody, ponieważ pozwala dostrzec zubożenie, które w innym wypadku pozostałoby ukryte.
Jak poinformował na swojej stronie Wydział Biologii Uniwersytetu Warszawskiego, opisane w "Nature" badanie prowadzono w prawie 5500 miejscach w 119 regionach świata. Dr Iwona Dembicz, dr Łukasz Kozub i mgr Nadia Skobel zajęli się terytoriami w północno-wschodniej Polsce, południowej Ukrainie oraz w Szwajcarii. Ich zadaniem było wytypowanie co najmniej 32 powierzchni badawczych (każda o wielkości 100 m kw.), reprezentujących różne lokalne ekosystemy, wykonanie szczegółowych obserwacji terenowych oraz analiza danych zgodnie z jednolitą metodologią przyjętą w projekcie.
Zebrane przez zespół wyniki okazały się bardzo niepokojące. W regionach o niewielkim wpływie człowieka ekosystemy zawierały przeciętnie zaledwie 35 proc. potencjalnie odpowiednich gatunków roślin. Natomiast na silniej przekształconych obszarach - niecałe 20 proc. Oznacza to, że większość roślin, które mogłyby tam rosnąć, zniknęła, choć nadal występują w okolicy i teoretycznie mogłyby powrócić.
"Tradycyjne pomiary bioróżnorodności, takie jak liczenie zarejestrowanych gatunków, nie umożliwiły wykrycia tego wpływu, ponieważ naturalne zróżnicowanie bioróżnorodności w różnych regionach i ekosystemach maskowało prawdziwy zakres wpływu człowieka" - podkreślili badacze z UW.
Następnie, aby zmierzyć oddziaływanie ludzi na przyrodę, naukowcy wykorzystali Human Footprint Index, czyli wskaźnik obejmujący m.in. gęstość zaludnienia, obecność dróg, kolei i zabudowy oraz intensywność użytkowania ziem. Okazało się, że nawet jeśli badane miejsce wyglądało na "naturalne", to oddalone o nawet setki kilometrów miasta, pola uprawne i infrastruktura wpływały negatywnie na lokalną roślinność.
"Ten wynik jest alarmujący, ponieważ pokazuje, że zakłócenia spowodowane przez człowieka mają znacznie szerszy wpływ, niż wcześniej sądzono, docierając nawet do rezerwatów przyrody. Zanieczyszczenia, wycinka, zaśmiecanie i pożary spowodowane przez człowieka mogą wykluczyć rośliny z ich siedlisk i uniemożliwić ponowną kolonizację" - podsumował uzyskane wyniki główny autor i pomysłodawca pracy prof. Meelis Pärtel z Uniwersytetu w Tartu w Estonii.
Co ważne, badanie wykazało, że utrzymanie co najmniej 30 proc. dziewiczych obszarów w regionie może znacząco ograniczyć negatywne skutki działalności człowieka. Jak zaznaczył Pärtel, to ważny argument wspierający globalny cel ochrony 30 proc. powierzchni lądów do 2030 roku, promowany przez Konwencję o Różnorodności Biologicznej ONZ.
Autorzy publikacji podsumowali, że działania z zakresu ochrony przyrody oraz planowanie użytkowania gruntów powinny uwzględniać nie tylko faktyczną bioróżnorodność danego miejsca, ale także szerszy kontekst regionalny. Koncepcja ciemnej różnorodności otwiera nowe możliwości działań - skoro brakujące gatunki nadal występują w okolicy, istnieje realna szansa, by przywrócić je na odpowiednie stanowiska i wspomóc odtwarzanie zdegradowanych ekosystemów.
Poza naukowcami z UW wśród autorów artykułu są również dwaj badacze z PAN Ogrodu Botanicznego - Centrum Zachowania Różnorodności Biologicznej w Powsinie: Arkadiusz Nowak i Sebastian Świerszcz.
Katarzyna Czechowicz (PAP)
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz