Zamknij

"Były gwałcone, potem zabite". Spisali wstrząsające historie o Armii Czerwonej na Kaszubach

Magda Dzienisz 14:24, 11.03.2026 Aktualizacja: 14:53, 11.03.2026
5 "Były gwałcone, potem zabite". Historie o Armii Czerwonej na Kaszubach fot. Magda Dzienisz

Wstrząsające wspomnienia osób, które pamiętają "zniewolenie" Kaszub przez Armię Czerwoną nadesłano na konkurs organizowany przez Instytut Strat Wojennych. W Muzeum Kaszubskim w Kartuzach nagrodzono zwycięzców i podziękowano za odwagę i chęć utrwalenia tych dramatycznych zdarzeń. Publikujemy fragmenty tych zatrważających opowieści.

10 marca 1945 r. Kartuzy zostały "wyzwolone" przez sowieckich żołnierzy spod okupacji niemieckiej. Jednak dziś wiemy, że słowo "wyzwolenie" trzeba zastąpić wyrazem "zniewolenie". Armia Czerwona, która wkroczyła na ziemie polskie, pozostawiła po sobie zgliszcza, popiół, strach, trwogę, gwałty, głód i śmierć. Również w Kartuzach i okolicach. 

Przez lata obawiano się głośno mówić o tym, jak Sowieci zachowywali się wówczas na Kaszubach. Wielu, którzy pamiętają te czasy, odeszło. Ten strach, przez dekady spychany w mrok zbiorowej niepamięci, dziś ma szansę wybrzmieć na nowo.

Sowieci gwałcili, rabowali, mordowali...

Chcąc ocalić od zapomnienia te historie, Instytut Strat Wojennych im. Jana Karskiego oraz Muzeum Kaszubskie im. Franciszka Tredera w Kartuzach, ogłosiły konkurs "Dawaj czasy! Armia Czerwona na ziemiach polskich 1945 -1947”, którego celem było wydobycie na światło dzienne osobistych, rodzinnych relacji z tamtych dramatycznych lat. Zgłaszali się zarówno uczniowie szkół ponadpodstawowych, jak i dorośli uczestnicy.

We wtorek 10 marca, 81. lat po "zniewoleniu" Kartuz przez Sowietów, w Muzeum Kaszubskim ogłoszono wyniki konkursu. Prace oceniali uznani historycy: dr Daniel Czerwiński, dr hab. Damian Markowski, dr Tomasz Luterek oraz reprezentanci Muzeum: Barbara Kąkol i Monika Pieczora Spychalska.

- Wkroczenie Armii Czerwonej na Kaszuby stało się niezwykle odmienne od wyobrażeń. Historycy nazywają ten dzień i te lata często "klęską wyzwolenia" - mówiła dyrektor Muzeum Kaszubskiego Barbara Kąkol. 

Dr Daniel Czerwiński podczas wykładu o Armii Czerwonej na Kaszubach podkreślał, że "wyzwolenie" stało się dla mieszkańców Kaszub kolejną tragedią. 

- Prace nadesłane na konkurs są porażającym źródłem historycznym, które trzeba pokazywać - powiedział. - Armia Czerwona, która wkroczyła na te tereny, zachowywała się jak nowy najeźdźca: grabiła, mordowała, dokonywała przemocy wobec kobiet. Żołnierze sowieccy myśleli, że są na terenie Niemiec. 

W marcu 1945 r. "Wyzwolenia" Kartuz i okolic dokonali żołnierze wchodzący głównie w skład 2. Frontu Białoruskiego: 49 Armii dowodzonej przez gen. Iwana Gryszina. Historyk dotarł do dokumentów Milicji Obywatelskiej, w których raportowano o licznych przestępstwach dokonywanych przez żołnierzy sowieckich stacjonujących w okolicach. To kradzieże mienia, rabunki, zabójstwa. 

Osobiste relacje są cennymi źródłami historycznymi

Ale nie tylko. O wstrząsających aktach przemocy, gwałtach, morderstwach, można przeczytać w nagrodzonych podczas konkursu pracach. Ich fragmenty publikujemy poniżej. 

W konkursie przyznano cztery równorzędne nagrody.

Młodzież szkół ponadpodstawowych:

  • Kinga Pobłocka za reportaż „Wyzwolenie”
  • Antoni Sildatk za reportaż „10 marca 1945 roku - dzień, którego nie dało się zapomnieć”

W kategorii osób pełnoletnich:

  • Robert Wesołek za wspomnienia „Armia Czerwona w Kartuzach, rok 1945. Opowieści Henryka Seydlitza” 
  • Urszula Wiśniewska za wspomnienia „Miało być wyzwolenie, a nastało zgorszenie”

Przedstawiciele Instytutu Strat Wojennych zapewnili, że relacje te są cennymi źródłami historycznymi i zostaną wykorzystane w kolejnych badaniach. 

[FOTORELACJA]30596[/FOTORELACJA]

10 marca 1945 roku - dzień, którego nie dało się zapomnieć

(Ela) przebrała się w stare, brudne ubrania. Zawiązała chustkę na głowie, twarz wysmarowała popiołem. Do ręki dano jej laskę. Wszyscy mieli mówić do niej „babcia”. Jej młodość i uroda – babcia opowiadała, że była piękną dziewczyną, stały się zagrożeniem, a jedyną nadzieją na uratowanie życia – udawanie starej i chorej. Jej się udało. (...) 

Wydawali rozkazy, których nikt nie śmiał kwestionować. Każde nieposłuszeństwo kończyło się tą samą groźbą: „budiem strieliat” – będziemy strzelać. Noc była najgorsza (...) Przez całą noc żołnierz stał z bronią, by nikt nie odważył się pomóc dwóm młodym Niemkom. Niemkom, które nie zdążyły uciec… W pokoju, gdzie były małe, przestraszone dzieci, robiono coś strasznego. Był krzyk i płacz, których pięcioletnie dziecko nie potrafiło zrozumieć. A rano – niektórych ludzi już nie było. Zniknęli. Dzisiaj babcia wie, że dziewczyny były gwałcone, a potem zabite. 

Rankiem żołnierze przyszli do ojca babci, który stał razem z jedenastoletnim synem Zygmuntem. Powiedzieli: „chotim sina” - chcemy syna. Mój pradziadek był przekonany, że za chwilę zabiją jego dziecko. Gotów był oddać własne życie, by je ochronić. Na szczęście chodziło o świnię - „ swina”. Zabili zwierzę na oczach wszystkich. Opalili je nad ogniskiem, pokroili, a potem piekli mięso na patelni. Babcia zapamiętała mdłości i strach, gdy kazano im jeść razem z nimi. Grozili, że jeśli nie zjedzą – „budiem strieliat”.

Następnego dnia zabrali zapasy cukru, mąki i mięsa, po czym ruszyli dalej, w stronę Mirachowa, tam gdzie wcześniej uciekali Niemcy. Za nimi poszli dwaj młodzi chłopcy – siedemnasto- i osiemnastoletni bracia Labudowie z Nowalczyska. Poszli z ciekawości, a może chcieli zobaczyć, dokąd zmierza armia, by ostrzec innych – tego już nigdy się nie dowiemy. Nie wrócili już żywi. Zostali zamordowani przez „wyzwolicieli”.

Armia Czerwona w Kartuzach, rok 1945. Opowieści Henryka Seydlitza

Wspomnienia zostały spisane podczas rozmów z Henrykiem Seydlitzem, rocznik 1935 i dotyczą głównie czasów końca wojny, gdy Niemcy wycofali się z Kartuz, a do miasta wkroczyła Armia Czerwona. Henryk był świadkiem wydarzeń jakie działy się w Kartuzach w końcowym okresie II wojny światowej

Rosjanie do klatki schodowej - tam gdzie Staszek mieszka - spędzili kobiety. Pełna klatka schodowa była kobiet, między nimi Chrzanowska i ciocia Stefa. I ciocia, ja tam poszedłem zobaczyć, właśnie ciocia Stefa mówi: "leć do pana Chrzanowskiego" - to był chyba brat tej (Chrzanowskiej), on był w komendanturze z ramienia Polaków - "i poproś, żeby przyszedł i nas wyciągnął z tego". Chrzanowski przybiegł. I wartownik wyciągnął ciocię Stefę i tą Chrzanowską. Za resztą nie miał siły się wstawić (...).

Polacy chyba "nadali" (donieśli), że ciocia grała na pianinie. Rosjanie przyszli i ciocię zabrali. Już jak tu stacjonowali w Kartuzach. Gdzie ona grała? Na ulicy Parkowej, przy kinie. Tutaj grała tak długo, że gdy ją odwieźli "gazikiem", całe palce miała spuchnięte. Chyba osiem godzin dla sztabu grała. Oni tam balowali, urządzili sobie bal z tymi ruskimi żołnierkami. A sklepy były splądrowane, wszystkie. Tam na Parkowej, na rogu, w banku, zbite szyby, papierów leżało pełno na podłodze różnych, dokumenty (...).

Chrzanowską, młodą dziewczynę, dziadek znalazł przy śmietniku, sponiewieraną przez sołdatów i siną z zimna. Zamieszkała z nami w pokoiku na strychu z małą kuchnią. Niżej na piętrze, mieszkanie zajął jakiś sztab rosyjski. W pokoiku spaliśmy w piątkę- dziadek, babcia, Stefa, Chrzanowska i ja. Na noc drzwi od wewnątrz zastawialiśmy krzesłami. Zdarzyło się, że sołdaty wchodzili w nocy do pokoju –szukali "dziewuszek" – dziadek podchodził i mówił "idź – nie ma dziewuszek". Wujek Franek miał kolegę z Gdańska, który przyjechał do Kartuz i nie wiedział czy tu zostać czy jechać do domu, do Gdańska. I mówi: "Franek, ja pójdę do kościoła, kościoła na pewno nie ruszą". Wrócił (do Gdańska). I właśnie w kościele zginął. Rosjanie albo zbombardowali kościół albo strzelili z działa (...)

Rosjanie aresztowali dużo ludzi. Rolników kaszubskich z tych wiosek prowadzili na transport w kierunku na Sybir. Prowadzili ulicą Dworcową. Z pepeszami tak szli i szła taka kompania cała. Kartuzy nie były wcale zniszczone. Nie były bombardowane. Ale za to Rosjanie podpalali domy. Po Dziadka przyszli, jak już był polski rząd, tu w Kartuzach. Przyszli po dziadka, żeby przyszedł pomóc kopać groby i pochować niemieckich żołnierzy. I dziadek poszedł, oczywiście. Gdzie ich pochowali, ja tam do dzisiaj nie wiem. Taki wspólny grób musi być (...).

Wyzwolenie

Żołnierze armii Radzieckiej rabowali i kradli to co się dało. Wówczas najbardziej pożądanym przedmiotem przez Sowietów były zegarki. "Dawaj czasy" - to mówili, gdy zauważali na czyimś nadgarstku czasomierz. Bardzo często pytali losowe osoby o godzinę i wówczas nieświadoma osoba odsłaniała swój zegarek, a żołnierze radzieccy odpinali go i zabierali. Lecz nie zawsze kończyło się tylko na zegarku. Sowieci posuwali się nawet do zabierania odzieży cywilom, zostawiając ich na samej bieliźnie i skarpetkach (...).

Gdy moja prababcia piekła chleb dla wszystkich domowników do domu wparowali żołnierze radzieccy i wykradli cały chleb i zjedli, a swoim ,,zakalcem”, który mieli z sobą zatykali dziury w piecu. W ten sposób zostawili dziewięcioro dzieci bez pożywienia. Iwani - bo tak byli potocznie nazywani żołnierze rosyjscy również kradli krowy, konie i inne zwierzęta hodowlane nieraz bez wiedzy gospodarza. Żołnierze radzieccy nierzadko działali pod wpływem alkoholu i wówczas dochodziło do gwałtów na kobietach często mylonych z Niemkami i nierzadko również dzieciach.

Miało być wyzwolenie, a nastało zgorszenie

Mam na imię Urszula, urodziłam się w roku 1935 w Kartuzach, w polskiej rodzinie i szczerze powiem, że nie pamiętam świata sprzed wojny. Moje pierwsze wyraźne obrazy mam z czasów, gdy byliśmy już okupowanym krajem (…).

Z naszego piętra (domu w Grzybnie – red.) było widać wszystko (…). Huki stopniowo narastały, doszły do tego strzały, las odbijał te dźwięki i niósł je prosto pod nasz dom, który stał na samym froncie wsi. Kiedy pociski zaczęły uderzać w nasz budynek, stało się jasne, że jesteśmy w śmiertelnym niebezpieczeństwie niezależenie od tego,jakie było nasze pochodzenie. Trzeba było uciekać. Nie było czasu na zastanowienie.Wybiegliśmy z domu w głąb wsi. Strzały było nie tylko słychać, ale już było je widać – smugi kul pojawiały się w powietrzu. Ten obraz pojawia mi się wyraźnie, jakby to było wczoraj.

Dziadek zaprowadził do zaprzyjaźnionych sąsiadów. W domu rodziny Herzberg nikogo nie było. Znaliśmy się z nimi dobrze, więc wiedzieliśmy o piwnicy pod kuchenną podłogą z klapą ukrytą pod chodnikiem. Po drabinie wchodziliśmy po kolei do tej ciemnej, zimnej, ukrytej komórki (…). Cisza była niemal grobowa (…).

Obudziły mnie dopiero kroki nad głowami, głosy mówiące po rosyjsku, trzaskanie szafkami, szarpanie za szuflady. Co chwilę coś uderzało o podłogę – może garnek, może słoik. Te odgłosy sprawiały, że strach rozlewał się każdemu po całym ciele (…).

Nie wiem co nas zdradziło. Zanim skończyli jeść, jeden z nich otworzył klapę piwnicy. Nadal siedzieliśmy w bezruchu, wtuleni w pierzynach, ale krzyczeliśmy, że my Polacy, Polacy, których nie szukają, z nadzieją, że nas to ocali. Na szczęście nam uwierzyli. Po kolei zaczęliśmy wychodzić (…).

To, co zobaczyliśmy odebrało nam nie tylko poczucie chłodu, ale i wiarę, że wszystko się ułoży. Na ulicy leżały postrzelone konie, ciała ludzi. Wozy stały porzucone, jakby ich właściciele zniknęli w jednej chwili. Budynki były podziurawione od pocisków, okna wybite. W oddali łuny ognia unosiły się nad miastem i były wyraźnie widoczne na niebie. Dorośli oznajmili: „Gdańsk się pali”. Poszliśmy pod nasz dom, był mocno podziurawiony od kul. Zrozumiałam, że ten budynek przestał być moim domem (…).Zapakowaliśmy tylko to, co było najpotrzebniejsze (…) i ruszyliśmy w drogę, wóz zawiózł nas do Kalisk, do państwa Lademan, gdzie znaleźliśmy schronienie (…). Na parterze domu mieszkało łącznie dziesięć osób, natomiast całe piętro budynku zajmowało sześciu niemieckich oficerów. Ci wojskowi byli zawsze nienagannie ubrani, w czystych mundurach. Zachowywali się kulturalnie i uprzejmie. Nigdy nie spotkało nas z ich strony okrucieństwo ani zła wola – przeciwnie, wiedząc, jak mało mamy jedzenia, dzielili się z nami (…).

Wiedzieliśmy, że w bunkrach w lesie stacjonują Sowieci i ta świadomość nie dawała nam spokoju. Wszyscy się ich bali, szczególnie kobiety. Wszystkie starały się wyglądać jak najniepozorniej. Ubierały się jak staruszki, zakładały chustki na głowę, a wystające włosy smarowały popiołem (…). Robiły wszystko, by wyglądać na dużo starsze. Każda miała inny pomysł na siebie – jedna kulała, druga się bardzo garbiła, trzecia podpierała się o kij (…).

Mężczyźni z kolei starali się nam zapewnić jakikolwiek byt. Robili wszystko, by zdobyć jedzenie i przetrwać. Od czasu do czasu byli zmuszeni chodzić do Kartuz po żywność (…).

Wyprawy po jedzenie były przerażające. Każde wyjście wiązało się z ogromnym niebezpieczeństwem. Gdy mężczyźni szczęśliwie wracali, przynosili ze sobą nie tylko mąkę, ale i straszne historie o gwałtach, rozbojach i okrucieństwie, których byli świadkami lub o których słyszeli (…). Dorośli mi i bratu oszczędzali szczegółów, to łzy spływające po policzkach mówiły więcej niż jakiekolwiek słowa.

Mój dziadek od zawsze brał na siebie odpowiedzialność za nas wszystkich. Prawdziwa głowa rodziny, ale nie tylko z nazwy (…). Był inteligentny, szarmancki i zaradny (….). Wszystkiego podejmował się sam i zawsze dawał z siebie więcej niż trzeba.

Tego pamiętnego ranka było tak samo.

Wstał wcześnie, oporządził się i po raz kolejny zgłosił się do wyjścia do Kartuz po jedzenie. Szedł na przełaj przez las od strony Dzierżążna, a nie główną drogą, wiedział, gdzie można spotkać ruskich, był ostrożny (…).

Zaczęliśmy się niepokoić. Gdy zaczęło się robić szaro, już wiedzieliśmy, że musiało stać się coś złego. Pan Lademan wraz dwoma innymi mężczyznami ze wsi poszli go szukać. Znaleźli go w połowie drogi do Kartuz. To, co zobaczyli, trudno było nazwać pobiciem. Był zmasakrowany i doszczętnie okradziony, zabrano mu wszystko, co tego dnia miał przy sobie: zegarek na łańcuszku, który nosił przy piersi, pieniądze, płaszcz, buty, a nawet kapelusz. Miejsce i pozycja, w jakiej go znaleziono mówiły jedno – nigdy nie dotarł do Kartuz. Leżał tam od wielu godzin, powoli konając w męczarniach. Ci, którzy go znaleźli, przyszli za późno. Jeszcze żył, gdy go odnaleziono, lecz umarł na rękach w drodze powrotnej.

Nigdy go już nie ujrzałam (…). To, co zrobiono mu w lesie kaliskim było zbyt brutalne i nigdy nikt z nas się z tym nie pogodził. Mój ukochany dziadek odszedł bez pogrzebu, zakopany na skraju lasu, w miejscu, które z czasem zarosło trawą.Człowiek, który przeżył 81 lat w czasach, w których Polska przechodziła przez cudze ręce wiele razy. Przeprowadził rodzinę przez wojny, germanizację (uczył nas czytać i pisać po polsku w domu) i nigdy nie przeszedł na stronę wroga (…). I już, gdy powinien mieć wreszcie spokój – został zabity przez znudzonych, pijanych, podłych ludzi, którym przyświecała tylko bezkarność.

A takich jak on było więcej... w naszych stronach, pobliskich wsiach, wzdłuż tego samego lasu... Nikt już tego nie policzy, bo nie wszystkich wpisano na listy, nie wszystkich odnaleziono, nie wszystkim postawiono krzyż.

Dlatego chciałabym, żeby to już nigdy więcej się nie powtórzyło, żeby żadne dziecko nie musiało przestać być dzieckiem (…).

(Magda Dzienisz)
Dalszy ciąg materiału pod wideo ↓

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
Nie przegap żadnego newsa, zaobserwuj nas na
GOOGLE NEWS
facebookFacebook
twitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze

komentarze (5)

Zxc Zxc

5 1

Zawsze podobali mi się niemieccy okupanci - ci mordowali gwałcili z pełną kulturą. Jankesi na wojnach też są bardzo humanitarni - ostatnio nawet nie zabijają tylko neutralizują.

15:48, 11.03.2026
Wyświetl odpowiedzi:0
Odpowiedz

KlasozKlasoz

3 1

Dziękujemy za te świadectwa i relacje. Nigdy nie można o tym zapomnieć!

17:02, 11.03.2026
Wyświetl odpowiedzi:0
Odpowiedz

tak pytamtak pytam

1 0

A co ma to towarzysz Czarzasty.

17:27, 11.03.2026
Wyświetl odpowiedzi:1
Odpowiedz

Zxc Zxc

1 0

Towarzysz Czarzasty jest dumny z osiągnięć swoich czerwonych towarzyszy. Takie śścierwa tylko napalmem.

17:35, 11.03.2026

@ tak pytam @ tak pytam

1 0

Najlepsze świadectwo mógłby dać Aleksander Kwaśniewski, syn żydowskiego zbrodniarza Izaaka Stoltmana, który to w okolicach Białogardu mordował polskich patriotów. Cały czas żałuję że nie miałem okazji spotkać Aleksandra Stoltmana i zapytać o jego ojca zbrodniarza.

17:33, 11.03.2026
Wyświetl odpowiedzi:0
Odpowiedz


Dodaj komentarz

🙂🤣😐🙄😮🙁😥😭
😠😡🤠👍👎❤️🔥💩 Zamknij

Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu expresskaszubski.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz

0%