Zamiast ciągle na coś czekać - zacznij żyć, właśnie dziś - powtarzał ks. Jan Kaczkowski. Bioetyk, jeden z założycieli Puckiego Hospicjum Domowego, współtwórca książek opisujących walkę z chorobą; bohater filmu „Johnny” nagrodzonego w Gdyni Nagrodą Publiczności, zmarł 28 marca 2016 r. w wieku 38 lat.
„Ludzie pamiętają, tęsknią za Janem” - powiedział Bogdanowi Rymanowskiemu w październiku 2025 roku Patryk Galewski, który pod wpływem księdza Kaczkowskiego zmienił się z młodocianego bandyty recydywisty w cenionego szefa kuchni wytwornych restauracji i szczęśliwego ojca rodziny.
„Tęsknią za tą prawdą, której Jan nie bał się mówić” – podkreślił w podcaście „Rymanowski live”. Ddoał, że ksiądz Jan nikogo nie odrzucał, w każdym widział człowieka i „zawsze ten człowiek był słyszany – jeżeli chciał być usłyszany”.
„Naszym braciom, którzy nie są jeszcze gotowi, by żyć w pełni życiem chrześcijańskim, nie stawiajmy poprzeczki za wysoko, bo przecież dobrze wiemy, że do wielu rzeczy sami dorastamy” – mówi ks. Kaczkowski cytowany w książce pt. „Nadzieja. Słowa na pożegnanie” opracowanej przez Elżbietę Wiater (Wydawnictwo WAM, 2026).
„O ile dorastamy. Być może są całe dziedziny naszego życia, w których w ogóle nad sobą nie pracujemy… Dlaczego? Bo się tak przyzwyczailiśmy do jakiejś słabości, że nie wyobrażamy sobie codzienności bez niej, niepostrzeżenie wrosła w nas. Nie rozliczajmy innych. Rozliczajmy siebie” - dodaje.
- Jan był intelektualistą, doktorem bioetyki, ale potrafił znajdować mosty – powiedział podczas Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni (2022) Maciej Kraszewski, scenarzysta filmu „Johnny” i autor książki „Johnny. Powieść o księdzu Janie Kaczkowskim”.
„To film o zwycięstwie życia – nawet limitowanego tzw. »wyrokiem«, czyli badaniem rezonansu. Jan w ciągu tych kilku lat - nie wiedząc, jak będzie funkcjonował - zrobił więcej dobrego niż większość ludzi przez całe życie” - ocenił Kraszewski.
Jan Kaczkowski urodził się 19 lipca 1977 roku w Gdyni. Już na samym początku nie miał łatwo.
„Minimalna waga urodzeniowa, w czasie kiedy przyszedłem na świat, wynosiła tysiąc gramów. Urodziłem się, ważąc dziewięćset osiemdziesiąt gramów, a więc jako żywe poronienie” – opowiadał Piotrowi Żyłce w książce pt. „Życie na pełnej petardzie” (2015).
Wedle innej wersji urodzony przedwcześnie - w siódmym miesiącu ciąży - Jan Kaczkowski ważył 1020 gramów, ale pielęgniarki wpisały 980, by szpital w razie ewentualnej, bardzo wówczas prawdopodobnej śmierci dziecka nie ponosił odpowiedzialności.
„Wcześniak z porodu pośladkowego urodzony w stanie ciężkim. (…) W pierwszych dwóch tygodniach życia duże zaburzenia oddychania i krążenia, obrzęki twardzinowe. Apatyczne. Brak odruchów” - tak napisano w Książeczce Zdrowia Dziecka Jasia. „W tym samym opisie znajduje się informacja, że dziecko po trzeciej i piątej minucie od urodzenia dostało trzy punkty w dziesięciopunktowej skali Apgar, co nawet dzisiaj byłoby informacją alarmująca, oznaczającą ryzyko śmierci lub upośledzenie” – napisał Przemysław Wilczyński w książce pt. „Jan Kaczkowski. Życie pod prąd” (2018).
Lekarze nie dawali chłopcu większych szans, a jednak przeżył. Rodzice - Józef i Helena - nie byli w stanie powiedzieć, kiedy minął strach o życie Janka. Dzieciństwo upłynęło mu pod znakiem szpitali, w których operowano jego wrodzone wady wzroku.
Po maturze w 1996 roku postanowił wstąpić do zakonu jezuitów – nie przyjęto go jednak ze względu na zły stan zdrowia i problemy ze wzrokiem. Zdeterminowany, złożył papiery do seminarium duchownego w Gdańsku - usłyszał, że będzie karykaturą kapłaństwa. Dostał się jednak dzięki pomocy ojca – agnostyka - który poprosił swojego znajomego, Macieja Płażyńskiego, ówczesnego wojewodę gdańskiego, by ten wstawił się za nim u biskupa Tadeusza Gocłowskiego.
Decyzja o zostaniu księdzem nie spowodowała w jego rodzinie, która – jak opowiadał – „nie narzucała się Panu Bogu”, większego dramatu. Więcej kłopotów miał w seminarium. „Nie chcieli mnie święcić. Cały czas był problem z tym moim wzrokiem” – wspominał.
„Tak więc dyskutują, święcić czy nie święcić. W pewnym momencie ksiądz Kownacki mówi (a mówił bardzo brzydko): »Kurrrrde, święcić kaczkę, święcić, kaczka w porządku, święcić«. Na co arcybiskup Gocłowski pyta drugiego profesora, księdza Jana: »A ksiądz profesor jakie ma zdanie na ten temat?«. A ten, stary kpiarz, mówi: »A pieniądze widzi?«. Wszyscy: »Hehehe, widzi«. »To święcić«. No i tym sposobem mnie wyświęcili” – opowiadał ks. Jan Kaczkowski, kwitując tym żartem poważne negatywne opinie, wedle których jego wyświęcenie miałoby ośmieszać stan kapłański.
W 2002 roku uzyskał w Gdańskim Seminarium Duchownym magisterium z teologii. W 2007 roku obronił na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie pracę doktorską „Godność człowieka umierającego a pomoc osobom w stanie terminalnym – studium teologiczno-moralne”. W 2008 roku ukończył studia podyplomowe z bioetyki na Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II w Krakowie.
W 2004 r. był jednym z założycieli Puckiego Hospicjum Domowego. W latach 2007-09 koordynował budowę Puckiego Hospicjum pw. św. Ojca Pio, po czym został jego dyrektorem i prezesem zarządu. Był też twórcą programu szkoleniowego w zakresie bioetyki chrześcijańskiej i organizatorem warsztatów pod nazwą Areopag Etyczny z komunikacji i etyki w medycynie dla studentów medycyny i prawa. Jego działania spotykały się – delikatnie rzecz ujmując – z brakiem zrozumienia ze strony kolejnego gdańskiego metropolity.
W 2012 roku, „po doniesieniu złożonym przez dyrektorkę puckiego gimnazjum publicznego, że dyrektor miejscowego hospicjum – chcący założyć prywatne katolickie gimnazjum – miał dyskredytować lokalną oświatę i zatrudnionych w niej nauczycieli, pod koniec zimy do Pucka zjeżdża komisja z gdańskiej kurii”.
„Trzech księży wysłanych przez arcybiskupa Sławoja Leszka Głódzia chce między innymi ustalić, czy duchowny nie popełnia kościelnej samowolki, posługując się jako współzałożyciel szkoły przymiotnikiem »katolicka«” – przypomniał Przemysław Wilczyński.
„Przesłuchują także księdza Kaczkowskiego. Stosują – tak przynajmniej będzie o tym wspominał – »niskie« i »obrzydliwe« metody, a nawet pogróżki w »ubeckim stylu«. W okolicach Wielkanocy właśnie duchowny zwierza się przyjaciołom z lęków i zwątpień. Czuje się wizytą komisji zdruzgotany. Boi się wydalenia z Pucka i utraty hospicjum - swojego dzieła życia. W jego wypowiedziach pojawia się także ten motyw: czy bycie w Kościele ma sens? Jaka jest granica posłuszeństwa? Niektórzy mówią, że wspomina nawet o szukaniu mieszkania. Że sprawdza, czy istnieje prawna możliwość kierowania przez niego puckim hospicjum po odejściu ze stanu duchownego” – napisał autor „Życia pod prąd”.
Właśnie w puckim hospicjum doszło do spotkania ks. Kaczkowskiego z Patrykiem Galewskim. „Poznałem Johnny’ego – tak na niego mówiliśmy – w pewnym sensie za karę” – wspominał Galewski w książce pt. „Kuchnia na pełnej petardzie” (2022).
„Trafiłem do hospicjum wyrokiem sądu, który zdecydował, że muszę popracować przez jakiś czas na cele społeczne. Powiem szczerze: gdyby nie ksiądz Kaczkowski, pewnie nigdy nie wyszedłbym na prostą” – ocenił.
Było to w 2011 roku. Galewski miał 23 lata i z kolegami siedział na ławce pod kościołem. Wszyscy mieli kaca, palili. Nagle ksiądz Jan zawołał go po imieniu. Znał go, bo Patryk handlował narkotykami w szkole, w której ksiądz uczył religii. Kiedy chłopak po raz pierwszy pojawił się w hospicjum, nie miał pojęcia, co miałby tam robić, nie miał też ochoty, by być trzeźwym i obowiązkowym. Ksiądz Kaczkowski swym wyjątkowym podejściem do ludzi z problemami sprawił, że Patryk zaczął uczyć się odpowiedzialności, empatii i nawiązywania prawdziwych relacji z ludźmi.
To spotkanie zaowocowało nie tylko docenionym przez publiczność filmem, ale także zdecydowaną odmianą życiowych losów Galewskiego.
„Można? Można. W Patryka nikt nie wierzył. Łącznie z instytucjami, z najbliższymi. Dał radę? Dał radę” – ocenił Maciej Kraszewski.
„Zamiast ciągle na coś czekać - zacznij żyć, właśnie dziś. Jest o wiele później, niż Ci się wydaje” – powtarzał „Johnny”.
Mniej więcej w tym samym czasie zdiagnozowano u niego glejaka mózgu – co zapowiadało jeszcze tylko kilka miesięcy życia. „Dano mi najpierw sześć miesięcy życia, potem czternaście. Nie chcę być jak brazylijski wyciskacz łez… Może powiem tylko, że gdy się o tym dowiedziałem, byłem wściekły” - mówił o swojej chorobie. Ostatecznie od chwili diagnozy przeżył 45 miesięcy i 26 dni. A hospicjum pw. św. Ojca Pio w Pucku nadal funkcjonuje.
„Muszę przyznać, że tam życie odczuwa się w pełni. Jest mnóstwo radości, mnóstwo miłości” – mówił w Gdyni Dawid Ogrodnik, odtwórca roli księdza Kaczkowskiego, który przygotowując się do filmu, spędził sporo czasu w puckim hospicjum. „Nie klasyfikowałbym tego typu miejsc, używając starej nomenklatury: że do domu spokojnej starości idziesz tylko po to, żeby umierać. Tam jest piękne, wartościowe życie. Takie samo, jak w wielu domach, instytucjach, kościołach. (...) Śmierć jest wokół nas. Pytanie, jak na nią reagujemy, jak na nią patrzymy i jak umiemy w trudnych momentach zaświadczać o swoim człowieczeństwie” – podsumował aktor.
„Nigdy nie słyszałem, żeby ktoś się skarżył, że był biedny, całe życie musiał tyrać albo nie pojechał na Seszele” – mówi ks. Jan Kaczkowski w książce „Nadzieja. Słowa na pożegnanie”.
„Ale wielokrotnie widziałem żal z powodu głupio zerwanych relacji. Tego, że się nie zdążyło przytulić syna czy córki. Że się nie zawalczyło o małżeństwo, gdy się zaczęło walić, i że się rozsypała rodzina. Relacje rodzinne, przyjacielskie są życiodajne. Wysiłek, który włożymy w budowanie dojrzałych związków międzyludzkich, ochroni nas przed grubszymi moralnymi wpadkami” - podkreśla. „Często jako pokutę polecam ludziom, żeby wyobrazili sobie twarz bliskiej im osoby i pomodlili się za nią tak bardzo, jakby chcieli ją przytulić” - dodaje.
Paweł Tomczyk (PAP) dap/ top/ miś/
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu expresskaszubski.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz